Grzegorz Krzemień – z pasją po medal, z odwagą po marzenia

W marcu 2025 roku, na stokach we francuskim Tignes, biało-czerwona flaga powiewała na wietrze, a dźwięk dzwonków kibiców mieszał się z okrzykami radości. To tam Grzegorz Krzemień – 27-letni reprezentant Polski w narciarstwie alpejskim i pływaniu – po raz kolejny udowodnił, że granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. Multimedalista zawodów ogólnopolskich i wojewódzkich, zawodnik SikretSkiTeam Gliwice oraz sekcji pływackiej SONI, wrócił z mistrzostw VIRTUS jako czwarty zawodnik na świecie w gigancie i jeszcze większym apetytem na kolejne wyzwania.

Historia Grzegorza to opowieść o sile rodzinnych więzi, determinacji i codziennej pracy. To także historia chłopaka, który nigdy nie chciał być „tym innym” – chciał po prostu być częścią drużyny, stanąć na starcie obok swojego brata i dać z siebie wszystko.

Sport od zawsze w duecie

– Grześ od dzieciństwa chciał robić wszystko razem z Jankiem – wspomina tata, Marek. – Choć Janek był o pięć lat młodszy, to właśnie on często nadawał tempo, a Grzegorz – jak na starszego brata przystało – starał się mu dorównać.

Ich sportowa przygoda zaczęła się, gdy Grzegorz miał osiem lat. Rodzice zapisali chłopców do szkółki pływackiej i na rodzinne lekcje narciarstwa. Początki były trudne – słabe napięcie mięśniowe i brak siły sprawiały, że Grzegorzowi szło wolniej. Ale jego wola walki była większa niż zmęczenie. Nie chciał być w tyle.

Upór, który zwycięża

Pomocne okazało się judo – treningi pod okiem trenera Maksa w AZS Gliwice przyniosły ogromne efekty. Grzegorz wzmocnił się fizycznie, nabrał pewności siebie, nauczył się koncentracji i dyscypliny. Niestety, brak grupy zawodników z niepełnosprawnością spowodował, że po pewnym czasie musiał z tej drogi zrezygnować. Ale jak to z Grześkiem – jedno się kończy, by zrobić miejsce czemuś nowemu.

Brat Janek zaczął trenować piłkę nożną i narciarstwo, a Grzegorz coraz częściej towarzyszył mu na treningach. Na początku nieśmiało, potem – już z własnym numerem startowym. W końcu został pełnoprawnym zawodnikiem SikretSkiTeam Gliwice.

Zimą królują narty. Latem – basen. Kiedy śnieg topnieje, Grzegorz zamienia stok na tor pływacki. Odnalazł się tam znakomicie. Śląskie Olimpiady Specjalne i pierwsze zawody przyniosły mu ogromną radość – starty, medale, powołania do reprezentacji regionu. To tam poczuł, że sport może być czymś więcej niż pasją. Może być życiem.

Droga na szczyt

Z czasem Grzegorz trafił do gliwickiej sekcji pływackiej osób z zespołem Downa. Wtedy wszystko nabrało rozpędu. Systematyczne treningi, obozy sportowe, a potem – reprezentacja Polski i starty na mistrzostwach świata i Europy.

– Widziałem, jak z każdym rokiem staje się coraz bardziej świadomy siebie – mówi tata. – Dla niego sport to nie tylko rywalizacja. To miejsce, gdzie jest w pełni sobą.

Dziś Grzegorz trenuje w dwóch klubach – pływanie wśród zawodników z niepełnosprawnością intelektualną i narciarstwo wśród pełnosprawnych sportowców. W obu środowiskach czuje się znakomicie. Nie zraża się trudnościami, nie boi się porównań. Wręcz przeciwnie – czeka na każdy trening z niecierpliwością i uśmiechem.

Siła wsparcia

Za jego sukcesami stoją ludzie, którzy w niego wierzyli. Rodzice, brat, trenerzy i przyjaciele.

– Grzegorz wie, że nic by się nie udało bez nich – mówi Marek. – Zawsze powtarza, że każdy medal to zasługa całej drużyny. Dziękuje trenerom, którzy byli z nim od początku: Maksowi z judo, Krzysztofowi i Bartkowi z piłkarskiej szkółki Sportaj, trenerce Oli z SikretSkiTeam, trenerom Adamowi, Gniewkowi, Kacprowi i Piotrowi, wujkowi Olkowi, który obudził w nim miłość do pływania, i Bartkowi z gliwickiej sekcji pływackiej – temu samemu, który trenuje też Elę Sieber. Bo sport w Gliwicach to wspólna historia wielu wyjątkowych ludzi.

Skąd ten upór?

Może stąd, że w dzieciństwie Grześ był zawsze blisko aktywności – hipoterapia, muzykoterapia, dogoterapia, zajęcia teatralne, matematyka Montessori… Rodzice robili wszystko, by rozwijać jego potencjał. Ale kiedy na świecie pojawił się młodszy brat, role się odwróciły. To Janek był powodem, by Grzegorz ruszył w świat.

– Na początku to Janek towarzyszył bratu w jego zajęciach – opowiada tata. – Potem to Grześ chciał być wszędzie tam, gdzie Janek. I właśnie dzięki tej relacji obaj nauczyli się czegoś bezcennego – że wspólna pasja potrafi łączyć bardziej niż cokolwiek innego.

Mistrz codzienności

Dziś Grzegorz ma 27 lat, a jego nazwisko coraz częściej pojawia się w wynikach międzynarodowych zawodów. Ale dla jego rodziny najważniejsze jest coś innego – że jest szczęśliwy.

– Gdy widzę, jak wraca z treningu zmęczony, ale uśmiechnięty, wiem, że wszystko, co zrobiliśmy, miało sens – mówi Marek. Grzegorz nie zatrzymuje się. Wie, że najlepsze dopiero przed nim. I trudno mu nie wierzyć – bo z takim sercem do walki i wsparciem, jakie ma wokół siebie, sięgać po marzenia to tylko kwestia czasu.

Facebook
Twitter
LinkedIn

Inne wpisy

Fundacja Sportu Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.